strona główna

2020-10-04 FESTIWAL LITERACKI - DOMINIKA KRASKA

  

(NIE)PLUSZOWY MIŚ TYLKO DLA DOJRZAŁEGO POETY
O tym, dlaczego nie wszystkie zabawki lądują w dziecięcych rączkach…
 

 
Trudno sformułować mi cokolwiek, co mogłabym nazwać echem udziału w wydarzeniu. Jakąś obiektywną uwagą na temat stricte jego elementów, myśl z ust gości przeniesioną na własną kartkę, może nawet przywłaszczoną sobie jako wniosek uogólniający… To, co tam spotkałam, usłyszałam, zobaczyłam, poczułam (!), po prostu nie mieści się w mojej garści. Nawet jeśli próbuję trzymać to jak najmocniej, wszystko ponownie rozsypuje się gdy tylko otworzę dłoń, kładąc opuszki palców na klawiaturze.
 
Piszę to, by ostrzec potencjalnego czytelnika. Czytelniku – jeśli nie masz ochoty śledzić portretu wewnętrznego, malowanego raczej kłębkiem emocji niż pędzlem, dziękuję za przeczytanie wstępu i z przykrością informuję, iż moja relacja z III Festiwalu im. Miśka z Męcińskiej w Warszawie charakteru sprawozdania nie przybierze.
 
By choć trochę oficjalności zawrzeć, oprę się na danych nienaruszalnych i stałych: jeden z wrześniowych (letnich jeszcze!) dni spędziłam w klimatycznym lokalu, gdzieś na Pradze-Południe, biorąc udział we wspomnianym zdanie wcześniej festiwalu – konkretniej, III Festiwalu Literackim im. Miśka z Męcińskiej organizowanym przez stowarzyszenie Salon Literacki. Skąd „patron” przedsięwzięcia – nie wiem, nie przyszło mi do głowy zapytać o to nikogo na miejscu, więc zagadka pozostała nierozwikłana. Mogę jednak powiedzieć, iż całemu wydarzeniu przyglądał się ów Miś; zajął miejsce na stole i niewzruszenie (w przeciwieństwie uczestników rozbiegających się po całej dzielnicy podczas nieatrakcyjnych dla nich punktów programu) trwał w jednym miejscu od samego początku do końca festiwalowego dnia. Brzmię teraz, co prawda, jak gdybym rozmawiała z przedszkolakiem, jednak to złudne wrażenie – o Miśka walczyło kilkudziesięciu dojrzałych uczestników, w większości na pewno zdolnych do określenia siebie mianem poety, o bardzo różnym literackim oraz wydawniczym dorobku. Nie był Misiek bowiem przytulanką, ale statuetką (projektu Joanny Bylickiej), uhonorowaniem zwycięzcy Turnieju Jednego Wiersza. To właściwie dzięki owemu turniejowi zwróciłam uwagę na Festiwal, dowiedziałam się o jego istnieniu i postanowiłam wziąć w nim udział. Stanowił pewną klamrę dnia, ponieważ prezentacje uczestników rozpoczynały go, wyniki zaś podsumowywały. Zmusiło to uczestników do pozostania na miejscu (lub w jego pobliżu) od popołudnia aż do wieczora. W moim przypadku jednak „zmuszenie” to okazało się niezwykle pozytywne.
 
Bez wahania mogę stwierdzić, iż byłam najmłodszą uczestniczką i Festiwalu, i – w szczególności – turnieju. Okazało się jednak, iż miś nie wiąże się stale tylko z dzieckiem i nie w moje ręce trafił. I mimo tego, iż szereg innych osób (włącznie ze mną) w teorii nie osiągnął niczego, od każdego biła autentyczna, szczera i właśnie dziecięca (cała magia Miśka z Męcińskiej) radość. Nie było tam fałszu, nikt nie kreował siebie na szczura w wyścigu, żadne nożyce nie odezwały się po uderzeniu w stół. Właściwie nikt w stół uderzać nie potrzebował; wystarczyło zabranie z jego blatu Misia i wręczenie go zasłużonej Poetce. Jakie to było piękne, gdy nie tylko wygrana, ale też wszyscy wokół cieszyli się tak prosto i bez krzty nieautentyczności. To moje pierwsze spotkanie z taką społecznością – całą grupą dorosłych ludzi, literaturą pasjonujących się na co dzień i w wielu przypadkach nie mających na nią czasu zawsze, potrafiących jednak spotkać się i dzielić tym, co w natłoku codzienności tworzą. To zupełnie inne doświadczenie; udział w konkursie otwartym w dosłownym tego słowa znaczeniu, nie zaś w ściśle organizowanym, dedykowanym wąskiej grupie, najczęściej młodzieży szkolnej. Tu porażka nie była porażką, bo sam udział już gwarantował duchowe zwycięstwo.
 
Teraz wrócę do źródła; do samej mojej prezentacji podczas Turnieju Jednego Wiersza. Wsiadając do pociągu cieszyłam się, wmawiając sobie odwagę, predyspozycje, uświadamiając sobie własną chęć. Im bliżej jednak Warszawy Wschodniej, tym płytsze oddechy, więcej wątpliwości, drżące ręce… Droga ze stacji na miejsce Festiwalu była próbą wewnętrznego zaprzeczenia wszelkim stresującym myślom, które powróciły niesamowicie szybko, gdy na miejscu okazało się, że czytanie każdego punktu regulaminu jest bardzo ważne, a ja, nie robiąc tego jak powinnam, nie zabrałam z domu wydruku prezentowanego utworu. Okazało się to jednak pierwszym promyczkiem, pierwszym doświadczeniem serdeczności ludzi tam obecnych. Dostałam zwykłą, w teorii, kartkę, by móc zapisać wiersz, jednak okoliczności, gdy jedna z Pań-gości wyjmowała ją spod listy uczestników, utwierdzając mnie, iż z pewnością nikt nie zauważy braku jednej, zauroczyło mnie niesamowicie i pozwoliło od samego początku poczuć wspaniałość wydarzenia. Finalnie zaprezentowałam utwór i, co dla mnie niezwykle ważne, poczułam się wysłuchana.
 
Konferencjom i rozmowom przyświecał temat przewodni – poezja Mirona Białoszewskiego z dominującym naciskiem na motyw podróży. Nie obrałam za cel streszczania ich tutaj, ponieważ właściwie bardzo wybiórczo skupiałam na nich myśli; korzystałam z uroków Festiwalu, rozmawiałam z ludźmi, poznałam inspirujące jednostki (otrzymałam nawet pamiątkowy tomik poezji z dedykacją od jednej z nich), wysłuchałam opinii (momentami bardzo radykalnych) na temat swojej prezentacji, udzieliłam własnej, wzajemnej oceny. Słuchałam muzyki granej na żywo z lokalu przez jednego z pracowników, nauczyłam się czeskich wulgaryzmów, a w efekcie tego wszystkiego poczułam wewnętrzną chęć dążenia tą drogą, obserwowania i uczestniczenia w podobnych przedsięwzięciach.
 
Podsumowując, jestem zachwycona kameralnością wydarzenia i prężnym działaniem stowarzyszenia. Teraz obserwuję poczynania Salonu Literackiego, widzę, jak bardzo powtarzalne są nazwiska osób udzielających się podczas podobnych festiwali czy spotkań. Mimo wspomnianej przeze mnie kameralności, ludzie po prostu chcą owego działania, organizatorzy realizują mnóstwo pomysłów, jak widać niezwykle efektywnych. Może to za dużo powiedziane, ale poczułam się zainicjowana do wąskiego, poetyckiego świata. Przygotowując się do wyjścia, nie usłyszałam słowa: „żegnaj”. Usłyszałam szczere „do zobaczenia”.
 
Wspomniane we wstępie, niesformułowane echo mojej obecności na Festiwalu, zastąpiłam sobie refleksją adekwatną do charakteru całości: poetycką. Nie sposób ująć w ramach sprawozdania czegoś, czym wiodły nie tylko kolejne godziny, kolejne punkty programu, ale emocje budzone przez ludzi poezji oraz poezję ludzi. Jako konkluzję przytoczę skrawek owego lirycznego echa, powstałego przez chęć eksperymentowania z innymi formami poezji od tych, które dotychczas ceniłam i stosowałam:
 
 
 
Mimo mrozu cieszy się z kilku małych płatków
 
(Śniegu lub kwiatów, nie wiem)
 
Bo spadając na moment zostają
 
(Ale czy uciekają z wiosną czy przed wiosną już nie zdradzą)
 
Odzywając się głosem wenopodobnym
 
 
 
 DOMINIKA KRASKA
 
 
 

 
zdjęcia wykonane przez organizatorów III Festiwalu Literackiego
BIP RSS
 
CMS Toruń